Paweł Zalewski Blog Każde marzenia dane jest nam wraz z siłą do jego spełnienia!

1kwi/120

W krainie uśmiechu: Tajlandia, Laos, Wietnam

Kolejną wyprawę do Azji zaplanowałem przypadkowo. Gdzieś w czerwcu/lipcu 2010 roku ukraińskie linie lotnicze miały nieziemską ceną na bilety do Bangkoku. Za 1000 zł był przelot w dwie strony. Jedną wadą/zaletą był wylot z Rygi w Łotwie. Ja uważam, to za zaletę :) I tak oto, w ciągu 90 minut podjąłem z Anią decyzję o cało miesięcznym wyjeździe w lutym 2011. Bilety znikały jak ciepłe bułeczki, była to niewątpliwa okazja, jakie zdarzają się bardzo, bardzo rzadko. Poniżej znajdziecie krótką relację z wyprawy.

Ja ruszam z Wrocławia nocnym pociągiem do Białegostoku 1 lutego. Miałem ważną sprawę do załatwienia w rodzinnym mieście i był to mój najkrótszy pobyt - od godziny 10:07 do 15:10. O 15:10 już z Białegostoku ruszam pociągiem do Warszawy, aby spotkać się z Anią i ruszyć w nieznaną przygodę!

O godzinie 21 mamy autobus z Warszawy Zachodniej do Rygi z Simple Express - bilety kosztowały 55 zł za osobę komfortowym autobusem. Jak na nieszczęście autobus do Rygi jechał przez Białystok, a więc wróciłem się. Szkoda, że w przewoźnik nie odpowiedział mi prawdy na moje pytanie.

O 8:00 jesteśmy w Rydze i ruszamy na zwiedzanie. Wyglądamy trochę jak nieciekawie - chodzi o ubranie. Kupiliśmy w lumpeksie jakieś szmaty, które wywaliliśmy w Bangkoku. Nie było jednak zimno. Ryga zachwyca - piękna! Nocujemy w hostelu i następnego dnia z rana mamy wylot do Kijowa, a następnie do Bangkoku.

Tajlandia!
Tu lądujemy o 3 rano, a już o 7-mej kolejny samolot do Chiang Rai na północy Tajlandii. Podczas tego wyjazdu będziemy duuużo latać. Oszczędzamy przez to czas.

Chiang Rai miasto w Złotym Trójkącie: Tajlandia, Birma i Laos.

O 8:00 zachwycają nas z okien samolotu piękne widoki gór. W końcu jesteśmy :) Znajdujemy Guesthouse, kwaterujemy się i zmykamy na śniadanie! Ach te tajskie żarcie! Pierwszego dnia relaksujemy się po podróży. Spokojne zwiedzanie małego miasteczka, wieczorem nocny targ i uczta kulinarna. Kochamy Tajlandię za jej ceny! Krewetki w panierce, 10 szt. za 3 zł, szaszłyki 1,5 zł, makaron z warzywami 2,5 zł. Delektujemy się smakiem Mekongu (lokalna Whisky, 1 litr za 18 zł). Spać, a następnego dnia wiele atrakcji.

Nauczyć się gotować po tajsku
Dzisiaj mamy lekcję gotowania po tajsku, a co! Trzeba się nauczyć :) Wyjątkowo jesteśmy tylko we 2-jkę na lekcji. Z rana odbiera nas Sawanee i pędzimy jej Samurajem na targ. Opowiada nam o mieście, o tym jak pracowała w Europie. Na targu pokazuje kilkadziesiąt rodzajów bazylii, uczy nas rozpoznawać egzotyczne owoce. Daje nam do spróbowania lokalne specjały, których normalnie byśmy nie spróbowali. Kupujemy składniki i jedziemy do jej domu gotować.

Same pyszności
Red Curry, Banany w mleczku kokosowym, Cashnut i Green Curry. To nasz zestaw. Świetnie się bawiliśmy a przy okazji poznaliśmy trochę gotowanie od strony tajskiej :)
Po gotowaniu Sawanee zabrała nas do White Temple - Białej Świątyni. To niewielki kompleks świątyń pomalowanych na biało i wyłożonych pobitymi lusterkami. Jest to jedna z najbardziej zadziwiających świątyń jakie odwiedziliśmy. Tak inna dla tego regionu świata i dlatego konieczna do odwiedzenia.

Wieczorem odpoczywaliśmy przed podróżą do kolejnego kraju - Laosu.

Kurz, niewygoda i tiki tiki
Dość przewrotny tytuł. Z rana ruszamy na granicę w Chiang Khong, autobusem 2 godziny, który miał 5 rzędów siedzień, tuk tukiem, łodzią motorową przez Mekong i jesteśmy - LAOS !!!

Odprawa graniczna po stronie Laotańskiej trochę nam zajęła, jakieś 1,5 godz. Następnie kantor i jesteśmy bogaci. Za 200 usd dostaliśmy z 5 cm wielkości stos banknotów, około 1 600 000 kipów. Ledwo zdążyliśmy na autobus do Luang Namtha. Zajeliśmy ostatnie miejsca w korytarzu, pod nogi dopchano nam worki z ryżem i akumulatory. Tak załadowani ruszamy w 5 godzinną drogę. A to tylko 160 km. Podobno jedna z lepszych dróg w kraju.

W ogóle w Laosie dopiero w 2002 roku weszło prawo, które daje Ci karę śmierci lub dożywocie za posiadanie: 500g heroiny, 3kg opium, 10kg marihuany. Wcześniej mogłeś ciężarówką wozić maryśkę :D

Dojeżdżamy do Luang Namtha i lokujemy się w hoteliku. Fajne klimaty. Trochę pusto. Nadmienię, że przez cały Laos przejechaliśmy bez przewodnika. Po prostu nie było gdzie go kupić, ale dzięki temu było trochę ciekawiej :) Ważne, że momentami mieliśmy internet, który nam pomagał.

Luang Namtha jest trochę wyludnione. To miasteczko tylko 50 km od Chin. Wieczorem nic się nie dzieje. Idziemy spać. Następnego dnia wypożyczamy skutery i ruszamy na podbój okolicy. Ania nieźle sobie radzi na asfalcie i bezdrożach. Jest cudowanie! Widoki zapierają dech w piersiach. Czysta natura, serdeczni ludzie. Nieskażone miejsce masową turystyką. Niech takie pozostanie.

Przez most bambusowy nad rzeką
Jedziemy pewną gruntową drogą, dookoła zielone pola ryżowe, wioski aż nagle rzeka! A na niej mostek z bambusów. Wyłączamy motorki i co robimy? A jakże! Przeprowadzamy po wątpliwym mostku ciężki motory. Ludzie nad rzeką kąpią się, piorą i nas nas patrzą. Śmieją się. My szybko, bo mamy obawy czy bambus wytrzyma, mocno się wygina i jedziemy dalej.

Komfortowa podróż autobusem w Laosie - niemożliwe!
Kolejnego dnia zwiedzamy jeszcze okolicę i oddajemy skutery - oczywiście z przygodami bo u Ani odpadł tłumik ;) . Lecimy na dworzec autobusowy i łapiemy busa do Oxodomay. Dwa wcześniejsze podobno były na maxa załadowane, a nasz tylko w 50%! Jedziemy więc w komforcie. Znów 120 km i 5 godzin. Niezłe tempo... trzeba jednak nadmienić, że drogi w większości są szutrowe, wąskie i przez góry. Wytrzęsło nami, zapyliło i słuch wysiadał od muzyki laotańskiej w stylu ciągłego: tiki-tiki...

Ufff, Oxodomay to nieciekawe miasto. Podobno w okolicy są niesamowite jaskinie do których trzeba dwa dni iść i dwa dni wracać, bo są niedostępne inaczej niż pieszo. Przy okazji odwiedza się górskie wioski, gdzie białych można policzyć na palcach rąk... Odpuszczamy. Wrócimy tu jeszcze kiedyś z Chin.

Coraz dalej, coraz dalej, tam gdzie diabeł mówi dobranoc

Wcześnie rano ruszamy na dworzec autobusowy. Wstajemy o 6 rano. jest chłodno! Chcemy złapać pierwszy autobus o 8 do Muang Khua. Tylko 3,5 godziny drogi. Autobus zapchany, ale jako że byliśmy godzinę wcześniej mamy miejsca siedzące. Inni stoją. Jedzie z nami wycieczka wietnamczyków - studentów, byli na jakimś meczu tu. Siedzą jedni na drugich - dosłownie.

Muang Khua to miejsce, gdzie nie wiadomo gdzie dalej. Do najbliższego lotniska z jakimiś samolotami to z 2 dni drogi. Brak autobusów, tylko po 1 dziennie. W zasadzie mega zadupie, ale to właśnie jest klimat tych miejsc. To tu, gdzie komórki nie działają nam od 3 dni, gdzie internetu nie ma, gdzie gości uśmiech i wolna chwila wysyłamy pocztówki do Polski. Ania do pracy, ja do Norbiego. O dziwo! Do Norberta dochodzi po 2 miesiącach, do Ani pracy nigdy. Poczta wyglądała ... hmm nie wyglądała :) Zobaczcie na zdjęciach.

Spędzamy tu dwa spokojne dni, relaksujemy się przy wódce ryżowej za 2 zł 0,5l w plastikowej butelce - totalne nic nie robienie.

83 km w 7,5 godziny - to szybciej już piechotą!
Wstajemy o 4 rano. Podobno o 5-tej jest autobus do Dien Bien Phu w Wietnamie. No pewnie, że jest. Dochodzimy na brzeg rzeki, skąd z drugiej strony odjeżdża autobus, ale podobno zapchany jest na maksa i nie ma szans, aby ktokolwiek do niego się zmieścił. W autobusie, który ma około 20 miejsc jest podobno 63 osobowa wycieczka sportowców z Wietnamu! Kierowca powiedział, że europejczyka nie zabierze, bo na jego miejsce weźmie w 3x wyższej cenie trzech wietnamczyków!

Idziemy do hotelu, polezeć i pomyśleć co robić. Śpieszymy się już do Hanoi na samolot. Podobno ma być autobus jakiś o 7 rano - specjalny z inną wycieczką wietnamczyków. O 6 znów stawiamy się nad rzeką. Autobus jest i podobno będzie jechał, ale za jakie pieniądze? Nie wiemy. My kasy już prawie nie mamy, raptem 165 000 tysięcy. Wpychamy się do autobusu, plecaki na dach i czekamy. Z nami jeszcze 4 innych białych. Koleś przychodzi i mówi, że weźmie po 100 000 - większość z nas nie ma tyle! Normalna cena to 50 000. Godzi się na 80 000 od łebka i ruszamy w najbardziej fascynującą drogę.

Wzbijamy się coraz wyżej, mijamy granicę chmur i naszym oczom odsłaniają się zapierające dech w piersiach góry i pokryte chmurami doliny, niczym mleczne rzeki. Jest fantastycznie!

Jedziemy starym autobusem, Wietnamczycy rzygają za okno, z głośników bardzo głośna muzyka tiki-tiki, trzęsie nieziemsko, okno zamykamy bo pyli z drogi tak, że oddychać się nie da. Gorąco, z 30 stopni. Jest ciekawie. Wąska wysokogórska droga, aby się wyminąć autobus musi się zatrzymać. Wrażenia niezapomniane, będziemy opowiadać wnukom :) Dla takich przygód warto przemierzać tysiące kilometrów.

83 kilometry pokonujemy w 7,5 godziny. Nieźle co? To najbardziej hardcorowy przejazd podczas tej wyprawy.

Wietnam
Popołudniem dojeżdżamy do Dien Bien Phu. Białych tu prawie nie ma. Z tubylcami gadamy na migi. Biletów na nocny autobus do Hanoi brak. Kupujemy na następny dzień, lokujemy się w pokoju z łazienką i klimą za 6 usd i idziemy na jedzenie. Wszystko omawiamy na migi. Zupa pho (taki rosół z wkładką) jest przedni. Wcinamy sajgonki i pijemy wietnamskie piwo. Ach! Fajnie, że nikt nas nie rozumie :D

Kolejny dzień to zwiedzanie miasteczka, a wieczorem ruszamy pierwszy raz w życiu autobusem sypialnym. Tak, taki z łóżkami, co prawda na Wietnamczyków, ale nam dają miejsca na końcu, tak że mogę nogi wyprostować na korytarzu. Podróż to ciekawe doznanie.

Hanoi i zatoka lądującego smoka
Wow, o 6 rano jesteśmy w Hanoi, o 7 taksówką docieramy w okolice jeziora Hien Liep Than, turystycznej mekki. Zamawiamy wycieczkę do zatoki Ha Long Bay i iedziemy na śniadanie. W końcu jajka sadzone, bagietka i kawa :) Już o 8 siedzimy w autobusie i pomykamy przez Wietnam nad Morze Chińskie. Wkrótce naszym oczom odsłoni się kolejny imponujący widok. Wysokie skały wystające z morza, jest ich 2000. Lokujemy się na luksusowym statku, gdzie każda kabina ma wygodną łazienką w kafelkach, duże łóżko i najlepszy widok za oknem - na morze i skały. To najbardziej luksusowy nasz nocleg. Spędzamy tu walentynki i delektujemy się morską atmosferą. Jest pięknie.

I znów samolotem
Wieczorem dzień wcześniej zwiedzamy jeszcze Hanoi. Trochę żałujemy, że tak krótko byliśmy w tym mieście, ale z pewnością tu wrócimy. Wsiadamy w samolot i lecimy do środkowej części Wietnamu. W Hanoi było zimno, tylko 10-12 stopni. W Hoi An już przyjemnie, gorąco. Trafiamy akurat na wieczór lampionów. Na rzecze puszcza się lampiony z zapalonymi świecami, aby odpłynęły nasze troski. Jest magicznie. Hoi An jest wpisane na listę światowego dziedzictwa UNESCO, jako cała stara zabudowa kolonialna, która potrafi urzec.

Kolejnego dnia wynajmujemy kierowców z motorami i zwiedzamy okolicę. Ponieważ przenieśliśmy się do Danangu, to turystów całkowity brak i dzięki temu jest autentycznie. To miejsce przygotowuje się na ogromny przypływ białych - dysponuje ogromnymi plażami i szykuje swoją infrastrukturę hotelową. Nowe lotnisko już jest.

Wietnam jaki jest każdy widzi :) Dużo motorów, ścisk, klaksony, ale to wszystko ma w sobie pewnien klimat, który nam się podoba. Oczywiście, próbują Cię oszukać na drobne kwoty, ale w większości jak jest się uważnym to nic nam nie grozi.

Na południe, do ciepła
Znów w samolot :) Na lotnisko 2 km doszliśmy piechotą. Fajne doświadczenie, kiedyś już spaliśmy niedaleko lotniska w Simferopolu na Krymie, wtedy mieliśmy jednak 300 metrów :D

Ruszamy do Sajgonu, teraz już Ho Chi Minh City. 11 milionów ludzi i faktycznie totalny sajgon. Ruch na drogach jest tak duży i tak chaotyczny, że aż dziw bierze, że nie widać wypadków. W Sajgonie też jesteśmy krótko. Następnego dnia z rana ruszamy w dolinę Mekongu. To ogromny obszar, na którym cały kraj stoi rolniczo. Żyzne gleby, dużo wody i dużo ludzi do sadzenia ryżu.

Wykupujemy wycieczkę z biurem podróży na 2 dni i zwiedzamy. Pływami statkiem, łódkami, jesteśmy na farmie owowców, pszczół, w fabryce cukierków kokosowych, na targu wodnym. Fajnie, ale turystycznie, czyli my tego nie lubimy, ale odwiedzić wypadało.

3 godziny w hardcorze
Urywamy się z powrotu wycieczki do Sajgonu u ruszyamy na wakacje od wakacji, na Phu Quoc. Ale aby tam dotrzeć musimy najpierw dojechać do portu autobusem. Cóż, zajmuje to 3 godziny w bardzo dużym upale, z nogami tak zapartymi w fotel przede mną, że ledwo wytrzymuję. Staje po drodze i jadę w pół zgięty. Było ciężko. Bardzo. Ale czego nie robi się dla wakacji?

Nocujemy w Rach Gia, kolejnym mało turystycznym miejscu i znów nam się podoba. Podoba nam się wszędzie tam gdzie nie ma turystów. Idziemy do poleconej knajpy nad rzeką na ucztę. Uhumm kuchnia wietnamska także jest przepyszna!

Kolejnego dnia płyniemy katamaranem na Phu Quoc. To 2,5 godziny na klimatyzowanym statku. Mija szybko.

Docieramy do raju
Słyszeliście o Phukecie w Tajlandii? Phu Quoc będzie takim Phuketem za 10 lat. Teraz jeszcze jest klimatycznie, dziko i swojsko. Musicie tu szybko przyjechać, aby za 10 lat nie trafić na dyskoteki non-stop, wielkie ceny i całą rzeszę białych. Jeszcze jest dziewiczo.

Wyspa powoli przygotowuje się na napływ turystów. Jest lotnisko, budują się drogi (wszędzie!), hotele. My jednak jeszcze trafiamy na taki moment, gdzie za wielką ucztę z butelką wina płacimy 60 zł (wino 16 zł podane w kubełku z lodem ;-) )) uwielbiam te ceny!). Wynajmujemy skutery i zwiedzamy wyspę. Docieramy na jej kraniec z którego wpław już tylko 2 km do Kambodży. Relaksujemy się na plaży, oddychamy każdą chwilą. Mamy domek na plaży, z klimatyzacją. Wakacjujemy się :)

Czas wracać do Polski

4 dni minęły nam bardzo szybko. Tu jeszcze 35 stopni, woda ciepła jak marzenie, a w Polsce -15. Brrr. Ale zanim Wrocław, to w Duang Duong (stolica wyspy) idziemy na lotnisko. Znów samolotem lecimy do Sajgonu. Z Sajgonu namu samolot do Bangkoku, gdzie lokujemy się w hotelu w dzielnicy zakupowej. Idziemy na ulicę najeść się tajskich smakołyków i spać.

Kolejnego dnia robimy dużo zakupów. Obławiamy się w ciuchy i pamiątki. O 6 rano mamy samolot do Warszawy przez Kijów.

Podsumowanie kosztów

Wszyscy zawsze zadają nam takie pytanie. Dzięki temu, że bilety kupiliśmy śmiesznie tanio (do Azji i wewnętrzne kupowane nawet pół roku wcześniej) to koszt tych wyniósł ~2 tys. zł / osoba. Pozostałe koszty na miejscu wyniosły 2200 zł / osoba. Całe miesięczne wakacje w 4 krajach kosztowały nas na osobę 4,2 tys zł, bez żadnych dużych wyrzeczeń, ale też bez zbędnych wydatków.

Gdzie dalej?
Przed siebie, spełniać marzenia :)

Galeria zdjęć
Film - wkrótce

Zakres tematyczny: Nowości Dodaj komentarz
Komentarze (0) Trackbacks (0)

Brak komentarzy.


Dodaj komentarz


Brak trackbacków.