Paweł Zalewski Blog Każde marzenia dane jest nam wraz z siłą do jego spełnienia!

19sie/100

Relacja z Bałkan Trip 2010

Przez Chorwację, Czarnogórę, Albanię, Bośnię i Hercegowinę, na Węgrach kończąc.

Przeczytaj całą relację z wyjazdu w lipcu i sierpniu 2010.

Uwaga autora: jak chcecie obejrzeć zdjęcia w dużej rozdzielczości, to kliknijcie na nim prawym klawiszem myszy i wybierzcie "otwórz w nowej karcie / nowym oknie". Jak normalnie klikniecie i zamkniecie zdjęcie to wrócicie na początek relacji. Nie wiem jak to naprawić.

Środa, 21 lipca

Z pracy wychodzę przed 15-stą po załatwieniu większości spraw. Jadę jeszcze kupić transmiter fm (27 zł, ale kiepski...), w domu obiad, pakowanie samochodu i o 18:00 wyjeżdżamy z Wrocławia. Idealnie, zgodnie z planem! Przejazd przez Głubczyce i przejście w Chałupkach - zdecydowanie lepsza trasa niż przez Boboszów. W Czechach, tuż za granicą pierwszy postój. Jemy kanapki i przepyszny sernik - podziękowania rodzicom Ani :) Ruszamy dalej, przez Brno i do Wiednia - w końcu oddali autostradę przed Wiedniem numer 7. Przemykamy szybko. Na obwodnicy Wiednia jednak mega korek. Nie wiadomo co się dzieje!

Po pół godzinie już wiadomo, mnóstwo świateł policji, myślę - jakiś poważny wypadek :/ A to nie, to masowa kontrola samochodów i kierowców. Zatrzymują samochody i sprawdzają winiety i trzeźwość. Mnóstwo policji. Mijamy z 50 radiowozów i przynajmniej ze 100 policjantów. Jedziemy jak w kordonie. Nas nie zatrzymują. Mamy winietę, a nasz luksusowy samochód nie wzbudza podejrzeń, zresztą przygotowałem się na takie kontrole. Wszędzie mamy winiety i zezwolenia. Mam nawet komplet zapasowych żarówek, dwie kamizelki odblaskowe i dwa trójkąty! Tego wymaga m. in Słowacja, przez którą będziemy wracać.


Czwartek, 22 lipca

Po północy zmienia mnie mama za kierownicą. Jedzie przez Austrię prawie do granicy ze Słowenią. Ja w tym czasie staram się przespać. W Słowenii omijamy płatną autostradę (35 euro!) i jedziemy przez góry objazdami. Trochę zgubiliśmy się w Ptuju, ale szybko znaleźliśmy drogę. Około 4 rano jesteśmy w Chorwacji. Mijamy Zagrzeb i nie dam rady. Bez snu i po pracy, jestem zmęczony i zatrzymujemy się na godzinę, na sen. Ruszamy o 6 rano i o 8:55 jesteśmy w Skradinie. Biegiem lecimy na statek do wodospadów Krka. Przy wodospadach okazuje się, że mają awarię terminala i nie mogę zapłacić kartą! Umawiam się z kobietą, że wpuści dziewczyny, ja zostawiam w depozycie dowód i wracam statkiem do Skradina po gotówkę i płynę z powrotem aby zapłacić za bilety. Całość zajmuje mi 2 godziny. Dziewczyny w tym czasie zwiedziły wodospady, ja jeszcze z pół godziny odpocząłem w aucie i idealnie z planem o 12:00 ruszamy do Dubrovnika.

Wodospady KRKA

Po 4 godzinach jesteśmy na miejscu. Nasz nocleg jest zgodny z opisem w Internecie. Miło, czysto i tanio. 13,5 eur/osoba. Po krótkim spaniu i prysznicu o 19 ruszamy zwiedzać Dubrownik. Faktycznie jest piękny! Uliczki, gra świateł, wyszlifowane posadzki marmurowe. Ślicznie! Mnóstwo języków, angielski, chorwacki, polski, włoski, czeski - wszystkie słychać. Oddajemy się magicznej atmosferze i po 23 wracamy na nocleg. Wcześniej jemy jeszcze przepyszne lody.

Dubrownik


Piątek, 23 lipca

Śpimy twardo do 9. Zbieramy się i po 10 ruszamy, uprzednio wyrzucając wszelkie nasze kanapki. Mrówki wlazły do torby i szlag trafił śniadanie :) Ale nic straconego. Obok naszego noclegu była piekarnia i nabyłem przepyszne bułeczki. Mniam - zjedliśmy je z widokiem na Adriatyk oplatani morską bryzą...

Jedziemy drogą z niesamowitymi widokami. Zapierają dech w piersiach. Ania ciągle robi zdjęcia. Przejeżdżamy granicę z Czarnogórą i witaj po raz pierwszy Montenegro! To już 28 kraj w moim życiu :)
Ruszamy przez wysokie góry i bokę Kotorską  Boże! Jak tu jest pięknie! Droga przez jedyny na południu Europy fiord warta jest tych 1500 km z Polski. Zapiera dech w piersi! Wyobraźcie sobie morze długie na 50 km wcinające się w ląd i góry o wysokości 1000 m n.p.m. - zdjęcia tego nie oddają. Jest tu fascynująco!

Czarnogóra - wybrzeże

Po objechaniu Boki Kotorskiej docieramy do Kotoru! Uffff... ale gorąco, jak jest miło i gorąco :) Moja koszulka jest jak ręcznik nasiąknięty wodą i moje spodenki są całe mokre :) Kotor - ludzi zdecydowanie mniej niż w Dubrowniku, ale tu jest dodatkowo bardzo klimatycznie. Tu jest pasjonująco ślicznie. Uliczki wąskie, marmury, kamienice, suszące się ubrania. Te wszystkie elementy tworzą atmosferę, która sprawia, że człowiek czuje się cudownie i jednocześnie zdaje sobie sprawę jak żyli ludzie przed latami, kiedy uliczkami chodzili kupcy. Przechodzimy przez uliczki i wspinamy się na górującą twierdzę nad miastem. Jest bardzo gorąco. 2 litry wody wypijamy natychmiastowo. Z szczytu widok jest jednak urzekający. Czerwone dachy kamienic, śródziemnomorskie powietrze i widok na Bokę...

Kotor, Czarnogóra

Kotor, Czarnogóra

Wracamy do auta i ruszamy do naszego miejsca wakacyjnego, na 6 dni, do Dobrej Vody za Barem. Przejazd z Kotoru zajmuje nam 2 godziny. Jest duży ruch na wybrzeżu, przed Barem nawet korki. Wszystko rekompensują jednak widoki, zwłaszcza na sławną wyspę Św. Stefana - obecnie hotel, zabudowany uroczymi kamienicami, kościołami i domkami - wszystko własność ekskluzywnego hotelu, który gościł już wielu znanych aktorów i innych dygnitarzy.

W Dobrej Vodzie znalezienie naszego hotelu zajmuje nam kilka chwil. Miejsce, które zarezerwowałem jeszcze z Polski jest o dobrym standardzie. Apartament z widokiem na morze - bezpośrednim. Hotel stoi po prostu na nabrzeżu, 10 m od brzegu morza. Z balkonu mamy fajny widok, zresztą właśnie teraz piszę z niego tą relację :)

Św. Stefan

Wieczorem przechadzamy się promenadą gdzie jest sporo knajpek, dyskotek i sprzedawców różnej maści produktów. Chłoniemy atmosferę i kładziemy się spać po długim dniu.

Widok z naszego hotelu

Sobota, 24 lipca

Dzień nic nie robienia :) Jemy śniadanie, pijemy kawę, idziemy na plażę, kąpiemy się w ciepłym morzu i oddajemy się ogólnemu relaksowi. Dzień upływa na nic nie robieniu. Wieczorem będziemy mieli jednak spore atrakcje.

Ja :)

Z naszego balkonu widzimy zbliżającą się burzę. Trzaskają pioruny. Ale my idziemy na kolację do restauracji. Wybraliśmy tą, gdzie było najwięcej ludzi. Składamy zamówienie na pljeskawicę, cevapi i szopską sałatkę.  Piorunów jest coraz więcej. Jest ciekawie. Patrzymy jak sprawnie obsługą kelnerzy. Po prostu widać, że się uwijają. Po chwili zrywa się mocny wiatr. Zaczyna padać. Pada coraz mocniej. Nagle BUM i nastała ciemność. Nie ma nigdzie prądu. Ciemność całkowita. W naszej knajpie wrzawa! Naciera tłum ludzi chcących się schować przed deszczem. Kelnerzy krzyczą. Armagedon! Kelnerzy blokują wyjście, aby nikt nie wyszedł bez zapłaty. Nagrywam aparatem tą sytuację. Po chwili jest BŁYSK i Huk - parasole obok knajpy przewróciły się. CYK i jest światło. W naszej restauracji mają agregator. Znów gra muzyka, jest głośno, ludzie biją brawo. Dookoła ciemność. U nas impreza trwa nadal :) Burza hula już na całego, bardzo mocno zacina deszcz. Szczęśliwie siedzimy w drugim rzędzie od okien, więc lekko nas moczy, ale ci bliżej mają na talerzach wodę. Ludzi coraz więcej w knajpie. Kelnerzy sprzedają lody i nadal obsługują klientów. Po chwili dostajemy jedzonko. Wszyscy się na nas patrzą jak jemy :D Pyszne, pyszne, pyszne! Wyrażamy swój podziw kucharzowi, że pomimo przeciwności losu (brak prądu, silna ulewa) zrobił dobre jedzonko.

Burza powoli się zmniejsza. Ludzie wychodzą z knajpy, jest luźniej. Ciągle nigdzie nie ma prądu. Widać, że jeszcze 2 knajpy uruchomiły agregatory. Wszędzie nadal ciemno. Po około 40 minutach prąd wraca do miasteczka. Znów zaczynają się głośne imprezy. Życie wróciło :) A my wróciliśmy do domu. Jest już 23. Chwilę po powrocie znów BUM i nie ma prądu. Teraz na dobra godzinę jesteśmy bez energii. Nie ma wody w kranach. Pompy nie działają. Musimy skorzystać z toalety, więc staramy się spłukać wodą mineralną. Trochę się udało :D

Widok z naszego balkonu

Widok z naszego balkonu

Niedziela, 25 lipca

Prąd już jest. Dzisiaj ruszamy na wycieczkę do parku narodowego Lovcen. Jest pochmurnie i obawiam się o widoki na Bokę Kotorską. Jednak ruszamy. Dojazd do Centije (dawnej stolicy Czarnogóry) zajmuje nam 2 godziny. Droga pnie się serpentynami, są super widoki. W zasadzie to jest fajnie :)

W tle Św. Stefan

W tle Budva

Z Centije na szczyt Lovcena mamy 20 km. Tu się zaczynają górskie podjazdy, serpentyny 180 stopni, wąska droga na 1 samochód. Jest ciekawie. Dziewczynom jest niedobrze. Po dobrych 40 minutach dojeżdżamy pod szczyt. Zaczyna się ulewa (nie muszę też mówić,  że temperatura spadła do 16 stopni? Nad morzem było 30). Ulewa że hoho. Udaje się nam podjechać pod samo wejście na szczyt na 1600 m n.p.m. Szaleje burza. Biegiem ruszamy do tunelu, którym dochodzi się na szczyt skąd rozpościera się widok na całą Czarnogórę. Nici jednak z widoków. Jesteśmy w chmurach. Momentami są tylko lekkie przebłyski i robimy zdjęcia. Na szczycie jest też mauzoleum pierwszego władcy Czarnogóry. Oglądamy, robimy zdjęcia. Boki Kotorskiej nie widać. Całkowite mleko. Zbliża się burza. Widać pioruny i grzmoty. Nagle jeden uderza obok nas - w specjalny maszt. Masakra! Szybko chowamy się do auta i ruszamy w dół.

W masywie Lovocen

W masywie Lovocen

W masywie Lovocen

Wracamy inną drogą, jeszcze węższą, za to po zjechaniu niżej na około 1000 metrów, chmury zostawiamy w górze a przed sobą mamy jeden z najwspanialszych widoków - góry, morze, fiord. Boka Kotorska to jedyny na południu Europy fiord, wcina się w głąb lądu na 50 km. Tego co widzimy przed sobą nie sposób opisać - odsyłam do zdjęć.

Boka Kotorska

Boka Kotorska

Górskimi drogami, przełęczami, urwiskami dojeżdżamy do Centije. Drogi w Czarnogórze są wąskie, bardzo kręte. Pokonanie 30 km może zająć nawet 1 godzinę. Wrażenia estetyczne i organoleptyczne są jednak jedyne. Adrenalina gwarantowana! W Centije zwiedzamy stare miasto, dawne budynki ambasad mocarstw i po pizzy ruszamy drogą, która jest w 50% asfaltowa do Virpazar. Nie jedziemy jednak główną trasą ale przez góry przez Rjieke Dubrowacką. Dziewczyny mówią, żeby zawrócić. Kilka razy pytam się miejscowych jak jechać. Mówią, że droga wąska, ale asfaltowa, a widoki są prześliczne. Rzeczywiście tak jest. Ruch prawie znikomy, ale kilka razy zdarza się nam mijać z samochodem, jest ciasno - z jednej strony przepaść, z drugiej zbocza góry. Teraz rozumiem dlaczego miejscowi trąbią przed zakrętami, ostrzegając że jadą.

Za barierką przepaść

Podczas tych kilku dni jak jesteśmy na Bałkanach ciągle doświadczamy ekscytujących przeżyć w postaci widoków. Brakuje mi już przymiotników, aby je opisać. Musicie sami je sprawdzić :)

W pewnym momencie wyłania się nam widok na rzekę i w głębi Jezioro Szkoderskie - ach - jest pięknie! Woda, góry, wysepki, zielono. Dla tej trasy warto zboczyć z utartych szlaków, aby poznać ten kraj. Kraj, który jeżeli chodzi o naturę na wiele do zaoferowania. Myślę, że za kilka lat będzie popularny tak samo jak Chorwacja, jak nawet nie bardziej.

Jezioro Szkoderskie

Trasa od Centije do Virpazar zajęła nam 2 godziny, a to jedyne 35 km. 2 razy jednak pomyliliśmy trasy i zawracaliśmy. Warto było jednak wybrać ten szlak.

O 19:00 jesteśmy już przed Barem. Jest mega korek, na 3 km. Pół godziny zajmuje nam wjazd do miasta i o 19:45 jesteśmy przed wejściem do Starego Baru - miasta doszczętnie zniszczonego - niegdyś twierdzy. Jest zachód słońca. Ruiny nabierają szczególnego wyglądu. Warto wybrać się do Starego Baru wieczorem. Mniej ludzi, a fantastyczne podświetlenie ruin zapewnia doznania jakich w ciągu dnia nie doświadczycie. Jest romantycznie, klimatycznie, ślicznie.

Dopiero po 21 docieramy do naszego apartamentu, zajadamy się arbuzem, melonem i idziemy na promenadę.

Widok z balkonu

Poniedziałek, 26 lipca

Dzisiaj pełne lenistwo. Leżakujemy do wczesnego południa, z okien widok na morze. Ciepło, słońce. Ach, wakacje! Dzień upływa nam na nic nie robieniu. Trochę gramy w karty, czytamy książki. Pełen relaks.
Byłem w kawiarence internetowej. Czytałem o Albanii, trochę obawiam się wyjazdu do tego kraju, ale przed odważnymi i ciekawymi świat stoi otworem!


Wtorek, 27 lipca

Wstajemy wcześnie, po 6-rano. Dzisiaj ruszamy do Albanii. Za oknem ciemne chmury, zaczyna padać, mocno padać. Nasze drzwi balkonowe przeciekają. Jemy śniadanie i do samochodu przez mega kałużę. Udajemy się w stronę Ulcija. Za Ulcijem na Szkodrę w Albanii. Kręte drogi, ruch nawet spory, mocny deszcz. Ciężko się jedzie. Tuż po 8-mej jesteśmy na przejściu granicznym. Wszystko przebiega sprawnie i po 20 minutach jesteśmy w Albanii. Jak to będzie? Co nas czeka? Czy samochód przetrwa ich drogi? Pierwsze 20 km do Szkody przebiega sprawnie. Wjeżdżamy do miasta przez stary jednokierunkowy most. Przed mostem osiedle biedy. Jak można w takich warunkach mieszkać? To jak lepianki w Kambodży? Gruzy i bieda. Za mostem brak znaków. Nie wiemy jak dojechać na twierdzę w Szkodrze. Za chwilę pojawia się Albańczyk - myślę, pewnie chce pomóc. On się pyta mnie czy do Szkodry czy do Tirany i pokazuje kierunek. Ja ani tu ani tu, ale on nie rozumie. Mówi: "2 euro", a ja zamykam okno, on zaczyna całować samochód .... jaki hardcore! Odjeżdżamy wycałowanym Volvo bez zapłaty - pewnie jakąś klątwę na nas rzucił :)

Chwilę zajmuje nam znalezienie wjazdu na zamek, ale się udaje. Twierdza na rozległym wzgórzu nad miastem. Fajne widoki, trochę zaniedbana. Koleś kosi trawę kosą. Ludzi nie ma. Dopiero co otworzyli. Jest 9 rano. Po powrocie jemy przy aucie śniadanko i zmykamy w stronę Kruje, na południe.

Szkoda widoki z zamku - Jezioro Szkoderskie

Szkoda widoki z zamku

Ciągle obawiam się tych kiepskich dróg. Mamy do przejechania około 120 km. Ile godzin nam to zajmie? Ruch na drodze spory, ale o dziwo jest bardzo dobrej jakości. Lepsza niż w Czarnogórze i Polsce. Szeroko, prosto. W pewnym momencie nawet robią się po 3 pasy w jednym kierunku! To odcinek budowanej autostrady Durres - Kosowo. Po 1,5 godzinie jesteśmy w Fush-Kruje - brak znaków. My nie mamy też dokładnej mapy. Jedziemy na azymut. W miasteczku mega korek - wszyscy trąbią, przepychają się. Była przed chwilą jeszcze ulewa i drogi są pozalewane wodą. No normalnie jak w Kambodży :) Próbujemy się pytać ludzi jak dojechać - pomagają nam. Jedziemy trochę na czuja. Błądzimy około godziny, w końcu udaje się znaleźć drogowskazy turystyczne! Jedziemy piękną nową wyasfaltowaną drogą do Kruje. Tu znajdujemy miejsce do zaparkowania na mega stronym podjeździe. Zaciągam mocno ręczny, skręcam koła i idziemy zwiedzać. Uliczka turystyczna nowiutka - wyremontowana nawierzchnia i kamienice-domki. Część jest jeszcze w remoncie. Jak w typowych zachodnich miasteczkach Europy. Gdzie ten orient?

Pałac w Kruje

W tle Tirana

Orient jest. W Albanii jest mnóstwo śmieci. Są wszędzie. To najbrudniejszy kraj jaki widziałem w Europie. Przy drogach są też co 1 km stacje benzynowe, a co 1,2km są sklepy meblowe, urządzane nawet w budynkach które są jeszcze budowane! Albania to jeden wielki plac budowy. Kraj rozkopany i dynamicznie się zmieniający. Za kilka lat nie odczujemy różnicy w infrastrukturze, drogach, miejscach turystycznych od innych części Europy. Jedynie mentalność ludzi i setki, tysiące, miliony mercedesów na drogach nie pozwolą zapomnieć, że to Albania. W ogóle mercedesy, roczniki 1980-2010 i Golfy II są najczęściej widocznymi autami. Z naszego doświadczenia widać, że dużo młodych ludzi zna angielski na poziomie bardzo dobrym. Ze starszymi oczywiście się nie dogadamy. Język albański jest całkowicie niepodobny do naszego słowiańskiego. Życie utrudnia też odwrotne kiwanie głową, podobnie jak u Bułgarów. My na "tak" robimy głową góra-dół, a oni na boki ... Kiedyś czytałem, że ta różnica wynika z tego, że jak kraj atakowali turcy, to ci przystawiali miecz do gardła i pytali się ofiary: "czy mam Cię zabić?". Ofiara mówiła nie i kręciła głową na boki, jednocześnie podcinając sobie gardło. Dlatego teraz jest u nich odwrotnie :) Pewnie to tylko legenda :)

W tle Tirana

Zamek w Kruje położony jest na malowniczym zboczu gór. Odbudowany został w czasie dyktatury Envera Hodży. W tym samym czasie powstały też setki tysięcy bunkrów. Hodża zamknął kraj po II WŚ i obawiał się ataku każdego innego państwa, nakazał więc budowę każdej rodzinie albańskiej bunkra w razie najazdu... chory umysł. Podobno w Państwie powstało 600 tysięcy takich bunkrów. Obecnie widać, że jest ich coraz mniej. My mieliśmy problemy ze znalezieniem ich i obfotografowaniem.

Zamek wygląda malowniczo. Znajduje się w nim muzeum, my jednak trafiliśmy na czas kiedy było zamknięte (sjesta). Obejrzeliśmy i wracaliśmy do auta, po drodze wstąpiliśmy do piekarni - ale jakiej klimatycznej! W niej stary piekarz, worki z mąką, mieszadła i chleby nakryte na stole ścierkami. Bomba!

Same mercedesy

Sklep mięsny przy drodze krajowej

Powódź po deszczu

Piekarnia w Kruje

Ruszamy dalej, teraz do Tirany. Kiedyś, z 5 lat temu widziałem na Youtube filmik o ruchu drogowym w Tiranie - był ciekawy. Obawiałem się dużej ilości samochodów i braku poszanowania dla zasad ruchu drogowego. Było ekscytująco, ale udało się bez stłuczek. Na rondach dałem radę, wiele samochodów dookoła, ludzi na ulicy - po prostu trzeba być bardzo uważnym, jechać powoli, ale pewnie. Nauczyłem się jeździć po "warszafsku". W samej Tiranie liczyliśmy na zwiedzenie ichniejszego słynnego meczetu - niestety był zamknięty, a szkoda bo z zewnątrz prezentował się ciekawie. Obejrzeliśmy pomnik Skandenberga, który niestety był cały ogrodzony - plac na którym stoi jest w remoncie.

Tirana - Pomnik Skandenberga

Tirana niewiele ma do zaoferowania turystom. Ot spore miasto i tyle. Co ciekawe w całej Albanii w knajpach siedzą mężczyźni - w islamie kobiety nie mają zwyczaju przesiadywania w knajpach. Ruszamy dalej autostradą w kierunku Durres - albańskiej stolicy lansu nad morzem. Autostrada 2 pasmowa, widzimy zjazd na centrum handlowe. Wymiana spojrzeń i jedziemy na albańskie zakupy! Centrum handlowe - no cóż, polscy przedsiębiorcy - uczcie się od Albańczyków! To centrum było jedno z najbardziej ekskluzywnych w jakim byłem. Nowiutkie i pachnące. Normalne i też prestiżowe sklepy. Ale toalety były najlepsze! Pomijam specjalne toalety dla tatusiów z synami i mamami z córkami, ale były też toalety dla dzieci! Małe sedesiki, małe pisuary, małe umywalki - wszystko kolorowe - fajnie to wyglądało :)

Toalety dla małych chłopczyków w centrum handlowym

W spożywczym kupiliśmy lokalny alkohol, trochę słodyczy i w drogę. W zasadzie to piwo "Tirana" wyszło po 2 zł w szklanej butelce :) Dość tanio, a byliśmy na pewno w drogim sklepie. Ostatnie spojrzenie na luksusy i jedziemy.

Po 30 minutach jesteśmy w Durres. Tu najpierw zajeżdżamy na część hotelową. Normalnie Europa! Nowe hotele, szeroka plaża, leżaki, restauracje, wakacyjne klimaty. Czasem tylko widać pomiędzy nowymi hotelami stary rozsypujący się budynek. No tak, to jednak wciąż Albania a nie Hiszpania. W knajpie za 30 euro jemy na 4 osoby wielki obiad z napojami, który był przepyszny i zwiedzamy miasteczko. Najpierw promenada, a później główna ulica do meczetu. W zasadzie nic ciekawego, ciągle w Albanii biją po oczach te nowe budynki, a gdzieniegdzie zaniedbane rudery.

Durres - nowoczesność i czas

Czytałem w relacjach, że wszyscy ostrzegają przed jazdą w nocy po Albanii. Że niebezpiecznie, że brak włazów do studzienek, ludzie i krowy na drodze. Rzeczywiście niebezpiecznie. O 19:30 ruszamy z Durress do Czarnogóry. Za godzinę będzie ciemno, a do granicy z 2,5 godz. jazdy. Mówi się trudno - trzeba podróżować w każdych warunkach :) Na drodze nic nas nie spotkało strasznego, tak jak pisałem wcześniej jakość dróg jest ok, a na tych głównych taki ruch, że raczej zwierząt i braku włazów nie znajdziemy. Z ciekawostek: wyprzedzaliśmy ich policję na sygnale. Jechali sobie jakieś 50 km/h, a my spokojnie 70-tką ich wyprzedziliśmy :) Masakra!

O 22 meldujemy się na przejściu granicznym, by o 23 dojechać do domu. Byłem zmęczony. Prawie 500 km po Albanii i moc wrażeń robią swoje. Spełnieni, po odwiedzeniu kolejnego nieznanego, egzotycznego kraju Europy zapadliśmy w głębokie smaczne sny...

Nauka jazdy

Środa, 28 lipca

Leniwie wstajemy z łóżek. Otwieram prawe oko, za oknem widzę błękit morza - no tak, w końcu mamy apartament bezpośrednio przy morzu. Otwieramy drzwi na balkon, czujemy morską bryzę. Ach wakacje! A niektórzy w Polsce jeżdżą nad Bałtyk, mieszkają w lesie, w gorszych warunkach, z kiepską pogodą, za większe pieniądze. Mówię Wam! Zostańcie w Polsce - będzie dla mnie taniej zagranicą, bo mniej turystów :)

Dzisiejszy dzień to znów nic nie robienie. Oj przepraszam. Z siostrą - Agatą pojechaliśmy do lekarza, miała jakby grypę. Lekarz przepisał antybiotyk i kazał odpoczywać. Mama doszła do wniosku, że w związku z chorobą Agaty zostaniemy 1 dzień dłużej nad morzem.

Graliśmy w scrable, siedziałem na internecie planując kolejny dzień i nową wyprawę do Kosowa - doszedłem jednak do wniosku, że za daleko i wyjdzie to za drogo (sam wjazd do kraju to 50 eur). Z Anią ustaliliśmy, że jedziemy znów do Albanii! Podoba nam się ten kraj :)
Czwartek, 29 lipca

Wczesna pobudka o 7 rano. Dzisiaj Albania północna. W planach zwiedzanie Szkodry, Jezioro Szkoderskie, wypad nad morze poplażować oraz małe zwiedzanie okolic Ulcija w Czarnogórze.

Ruszamy najpierw do Baru w poszukiwaniu bankomatu. Jest nieciekawie. Naprawdę w Czarnogórze bankomaty są tylko w centrach większych miast. Nie ma tak jak u nas, że na każdym rogu jest bankomat. Na znalezienie bankomatu straciliśmy około 15 minut. Następnie drogą ponad Barem i Dobrą Vodą ruszamy na skróty do granicy. Jedziemy grzbietem górskim. Z jednej strony mamy dużo w dół do morza, z drugiej szczyty o wysokości 1000 m n.p.m.

Przekraczamy granicę szybko jedząc burka. Burek to takie bałkański fastfood. Bułka z ciasta półfrancuskiego nadziewana mięsem lub serem. Dość tłuste.
Mi smakowały, Ani zdecydowanie nie.

Dojeżdżamy do Szkodry. Przejeżdżamy przez dzielnicę biedy na most drewniany. Jest czerwone (jeden kierunek), jedzie auto po moście. Za mną samochody trąbią, że mam jechać. A co ja wróżka? Nie zmieszczę się. Na lewy pas podjeżdża lokalny wóz. Kierowca mi macha abym jechał. No jak!!! Czerwone jest. No Albania normalnie :) Podczas stania na czerwonym dzieciaki podchodzą do nas i proszą o kasę. Zamykam okna. Dzieciaki sprytne - drzwi sobie otwierają od auta i dalej euro euro. Zatrzaskamy drzwi i zamykamy.

Szkodra - dzielnica biedy

Bieda

To do Szkodry! Znaków ogółem brak. Jedziemy na azymut, chyba do centrum. Oczywiście przepisy trochę się przestrzega, ale nie wszystkie. Ja się szybko uczę i też je łamie. Po kilku rundach wokół centrum znajdujemy bezpieczne miejsce na parking i idziemy zwiedzić "stare miasto". Ta starówka to w zasadzie meczet, kościół i nowo wyremontowany deptak. Ot znów po europejsku, wszak my ciągle w Europie :)   Nic ciekawego tu nie było. Kupiliśmy w spożywczym dżemy figowe oraz czereśniowe i jedziemy w poszukiwania Jeziora Szkoderskiego. Oczywiście na azymut bo znaków nie ma.

Szkodra

Szkodra

Szkodra

I tak wjeżdżamy chyba na drogę na Podgoricę w Czarnogórze. Ooooo tu nas zastała prawdziwa Albania. Droga międzynarodowa szerokości 1,5 pasa. Dziur w asfalcie jak w dobrym serze. Tiry w obydwu kierunkach. Dookoła wataha zwierząt: kursy, psy, krowy, konie. Ufff jest pobocze. Żwirowe i dziurawe, ale jest. Jedziemy tak z 10 km. Jeziora nie widać. Po drodze mijamy Urząd Celny. Zajebisty :) Kilka baraków i strażnik przy bramie wpuszczający ciężarówki, które ledwo przez bramę się mieszczą, a na drodze muszą pomanewrować, aby wyjechać. To musi być klimat robić tam odprawy celne :) Pewnie wszystko można odprawić, przez Hugo Bossa na Armani kończąc - mając odpowiednią ilość gotówki przy sobie :D

Szukamy jeziora. Podjeżdżamy pod bar. Pytam po angielsku. Podchodzi koleś. Odpowiada płynnym angielskim, gdzie i jak. Człowiek obok oferuje się, że z nami podjedzie na skuterze pokazać gdzie trzeba odbić w lewo. Mówimy, że nie trzeba, ale on wsiada na motorek i jedzie. My też jedziemy za nim. Z portfela wyjmuje banknot 200 lek ~6 zł. Pokazuje nam drogę i macha na do zobaczenia. Kasy nie chciał. Miło :)

Jedziemy jakieś 3 km po szutrowej drodze z dołami że hoho. Droga robi się coraz węższa, na środku bunkier chroniący dostępu do jeziora. Objerzamy bokiem. Droga z szutrowej przechodzi w łąkową. Stoją 2 VW Golfy. My też stajemy. Chyba w oddali jest jezioro. Idziemy pieszo i mijamy lokalsa. Pytamy czy dobrze idziemy (na migi). On się pyta czy znamy angielski. Znamy, i rozmawiamy swobodnie. Mówi nam, że do jeziora jest 800m. Pyta się skąd jesteśmy i mówi coś o tym, że on zaraz będzie (?). Dochodzimy do jeziora, robimy zdjęcia i płynie łódeczką ten człowiek. Pyta się czy my chcemy pływać w jeziorze czy zrobić tylko zdjęcia. Mówimy, że zdjęcia. On na to, że ma mało czasu, ale wypłynie z nami na jezioro abyśmy zrobili zdjęcia i odwiezie nas z powrotem. Myślę sobie - no ok, pewnie 5 eur. Wsiadamy, wypływamy, robimy zdjęcia. Koleś trochę nam opowiada. Mówi, że w to miejsce gdzie przyjechaliśmy, przyjeżdża wiele zakochanych par i ukrywając się przed rodzicami uprawiają miłość, on myślał, że my też w tym celu tu przyjechaliśmy. No jednak nie ;)

Jezioro Szkoderskie

Mówi, że w pracował 4 lata w UK, w tym większość z Polakiem. Bardzo się polubili. "Good Man" - yes, we know that - Poles, are great :) Opowiadał, że zależy im na tym aby do Albanii przyjeżdżało więcej osób, że nie ma obaw, że mocno się budują. Wspomniał,  że wiele młodych osób zna angielski i każdy jest pomocny i miły turyście. Wiedzą, że z nami przyjeżdżają też pieniądze.

Odwozi nas na brzeg, ja się go pytam ile mam zapłacić, a on, że nic, że to dla niego przyjemność i przeprasza, że tak krótko, ale musi sieci z jeziora ściągnąć. Naprawdę bardzo miło! Albańczycy coraz częściej pokazują nam, że są wspaniali.

Jezioro Szkoderskie od strony Albanii

Jezioro Szkoderskie od strony Albanii

Jezioro Szkoderskie od strony Albanii

Jezioro Szkoderskie

Jezioro Szkoderskie

Jedziemy później nad morze. Widoki po drodze są interesujące. Płaska zielona dolina, gdzieniegdzie górki. Po godzinie jazdy jesteśmy na plaży. Plaża długa, szeroka, drobny ciemny piaseczek. Ludzi niewiele, na plaży leżaki i parasole. Fajna atmosfera, którą zakłóca tylko ogromna ilość śmieci, walące się budy-parasole w niektórych częściach plaży.
Mogę powiedzieć, że Albania ma super warunki do rozwoju turystyki, pewnie z turystami będą sprzątać też plaże. Obecnie jest tragicznie, choć już będąc w Durres (bardziej na południe), gdzie było więcej turystów, to plaże były czyste.

Plaża w Vieljopole

Spędzamy opalając się z godzinę, zbieramy się i ruszamy do Czarnogóry. Ostatnio za wyjazd z Albanii na granicy pobrali opłatę 2 euro. Teraz nic, nie było poborcy opłat w budce :) Tuż przed zachodem słońca docieramy na ruiny twierdzy pod Ulcijem. Wdrapujemy się na sam szczyt. Mamy fantastyczną panoramę na góry i doliny. Widok okraszony promieniami zachodzącego słońca. Romantycznie.

Panorama

My razem :)

Piątek, 30 lipca

Dzień wyjazdu w Durmitor. Jedziemy jednak z Agatą do szpitala, coś leki jej nie chcą pomóc. W szpitalu nie możemy się dogadać z lekarzami. Pacjenci pomagają nam i mówią,  aby jechać do Domu Zdrowia - czyli przychodni.  Tu udaje nam się wszystko załatwić i o 13 wyjeźdżamy z Baru. Jedziemy przez ultra nowoczesny tunel Sosina i po godzinie jesteśmy w stolicy Czarnogóry, w Podgoricy. Przed miastem zatrzymuje mnie jeszcze policja do kontroli. Przekroczyłem prędkość o 22 km.Policjant mówi mi o opłacie 30 euro. Ja się go pytam czy można obniżyć opłatę, on że bank jest w mieście. Ja nadal swoje. Po 3 minutach rozmowy puszcza mnie wolno, bo nie możemy się dogadać :)
Ufff, za Podgoricą jedziemy drogą na Belgrad, zaczyna się robić górzyście. Ciężarówki ledwo podjeżdżają pod góry.O wyprzedzaniu na ma mowy. Są serpentyny i zakręty i tak będzie przez najbliższe 4 dni.

Zatrzymujemy się na przełęczy na jedzonko. Przepyszne świeże bułki, mielonka i ogórki. Uczta szlachcica, zwłaszcza że widoki nieziemskie. Po przerwie jedziemy dalej. Zerkam na GPS - kurczę, jeszcze daleko. Po 50 km odbijamy w lewo w Kanion Rzeki Tara - najgłębszy w Europie i drugi na świecie po Kanionie Kolorado. Rzeka w dole jest fajna, ale jednak trochę się zawiodłem. Najlepszy na pewno był most na rzece. Zawieszony między dwoma wzgórzami, bardzo wysoko. Na zdjęciu możecie zobaczyć jaka mała jest ciężarówka. Ruszamy dalej do Żabiljaka. Tu jedziemy dolinka a przed nami piękna panorama Durmitoru, końcówki Alp Dynarskich. W miasteczku znajduję apartament. Jesteśmy na wysokości 1500 m n.p.m. więc, jest chłodno. Szczęśliwie mamy ogrzewanie. Ania trochę choruje i chce się też wygrzać. W apartamencie jest mini piekarnik więc robimy zapiekanki. Pyszne!

Bardzo wysoki most, na nim TIR - rzeka Tara

Dolina w Durmitorze

Sobota, 31 lipca

Wstajemy z rana, o 9:00 planujemy wyjechać. Niebo zachmurzone. W miasteczku atmosfera górska. Ludzie z plecakami, kijami idą w góry. Jak u nas w Karkonoszach. My ruszamy nad Czarne Jezioro (coś jak nasze Morskie Oko). Położone w dolinie górskiej o głębokości do 46 m. Po spacerze z parkingu około 15 minut dochodzimy i mamy przed sobą nieziemski widok (dzisiaj jeszcze wielokrotnie) na jezioro a w tle strome góry pogrążone w chmurach. Ładnie.

Zaczyna siąpić deszcz i pada coraz mocniej. Mieliśmy zrobić wycieczkę dookoła (1 godzina), ale wracamy do auta. Był to dobry pomysł. Tuż po zamknięciu drzwi zaczęło LAĆ. Mocno. Jedziemy przez Durmitor i wioskę Trsa do Bośni i Hercegowiny. Droga wiedzie przez doliny, przełęcze, trawersuje zbocza gór. Widoki zapierają dech w piersiach. Czasem słychać beczące owce. Jest pięknie, tak jak miało być.

Najwyżej docieramy na przełęcz Sedlo, 1900 m n.p.m. Tu miniaturowy parking samochodowy i nasz piknik na zboczu góry z panoramą, która pozostanie w nas na długo...

Ruszamy dalej, nasza głowa kręci się w koło. Nie narzekamy na brak widoków. Droga to serpentyny, z daleka wyglądają na rzeka z wielkimi zakolami :)

Durmitor

Mijamy wioskę Trsa, od niej miał zacząć się stromy zjazd do doliny rzeki Piva. Jest to najpiękniejsza droga jaką jechałem. W pewnym momencie widzimy ostry zakręt w lewo, zaczyna się zjazd o kilkaset metrów w dół, prawie po pionowej ścianie. Niżej widać urzekającą turkusową rzekę Pivę. Połączenie kolorów, gór, atmosfery sprawia, że wszystko wydaje się nam takie wspaniałe. Natura potrafi stworzyć rzeczy, o których nie śni się wielkim poetom.

Droga to zjazd po pionowej ścianie w dół, drogą wydrążoną w zboczu, zakręty są 180 stopni i więcej, niektóre serpentyny są poprowadzone w tunelach. Dla tej drogi warto przyjechać te 1500 km. Zapiera dech w piersiach. Zatrzymujemy się dosłownie co 150 m na zdjęcia. Mi jako kierowcy, trasa także dostarcza wrażeń. Dobrze, że sporo już jeździłem po górach, to czuję się pewniej, ale jeżeli ktoś miałby pierwszy raz jechać tą trasą, to chyba na 1-nce i 5km/h. Stromo, stromo, zakręty 210stopni, tunele, zjazdy, podjazdy i widoki, trzeba je oglądać. Samochód daje radę i zjeżdżamy w dolinę. Tu znów pięknie!

Wyobraźcie sobie drogę, asfaltową biegnącą doliną rzeki szerokiej na około 50-100m, która wcina się wielokrotnie w doliny górskie. Ma cudowny turkusowy kolor. Droga poprzecinana jest licznymi tunelami. Jest też most-tama. Za nim rzeka nagle spada około 200 m niżej. Niesamowita wysokość! Nagle duża rzeka robi się rzeczką. Widoki jednak ciągle dopisują, zwłaszcza że nad nami wysokie góry. Podziwiam konstruktorów tych dróg.

Durmitor - Kanion Pivy

Durmitor - Kanion Pivy

Durmitor - Kanion Pivy

Zjazd z gór do kanionu

Przekraczamy granicę i po chwili wjeżdżamy do Bośni i Hercegowiny. To już 4 kraj na naszej trasie, który zwiedzimy. Droga od razu robi się gorsza i wąska, max. na 1,5 samochodu, a z przeciwka jeżdżą autokary, wywrotki. Ciekawie.

Widoki nadal śliczne, choć góry powoli się zmniejszają. Jedziemy i obserwujemy naturę i miasta za oknami auta. Moim zdaniem BiH jest biedniejsza niż Czarnogóra. Widać ślady po wojnie 1992-1995. BiH nie buduje się tak jak Albania - tam praca wre na 102. Tu raczej spokojnie. Odnoszę wrażenie, że BiH może być kolejnym celem mojego wyjazdu. Kraj wspaniały, tani i bez tłumu turystów.

Nadal jedziemy serpentynami, ciągłe zakręty. Dziewczyny mówią, że obiecałem im, że w końcu będziemy jechać prosto. Nie wiedzą jednak, że obietnica spełni się dopiero w północnej Serbii i na Węgrzech. Zjazd do Mostaru od strony Gacko jest imponujący. Zjeżdżamy z wysokiego płaskowyżu jakieś 500 m niżej. Zjazd jest długi i są z niego śliczne widoki na Hercegowinę. Mnie poważnie bolą już ręce od kierowania. Nonstop zakręty. Za nami tylko 350 km, a w drodze jesteśmy 7 godzin - prawie bez przerw.

W Mostarze znajdujemy nocleg, kwaterujemy się i wieczorem ruszamy na zwiedzanie i drobną kolację. Dziewczyny nadal chorują i jedzą frytki (cóż to za choroba? :) ) ja Pljeskawicę i piwo Sarajevo. Pljeskawica to mięso mielone z przyprawami, zwinięte na pół, a w środku ser. Bardzo smaczne i na pewno tłuste.

Gdyby ktoś nie słyszał o Mostarze, to opowiem o nim kilka informacji. Bośnia i Hercegowina to krainy, gdzie rozegrały się najgorsze rzeczy wojny na Bałkanach z lat 1992-1995. To na terenie tego kraju było większość walk i zniszczeń. Słowenii wojna prawie nie dotknęła. Trochę zniszczeń miała Chorwacja (jeszcze rok temu widziałem w Sibeniku na bloku dziury po kulach), ale to tu, w Mostarze, w Hercegowinie jest wielki pomnik walk. Miasto w 1992 zostało oblężone przez Serbów, którzy bombardowali je z okolicznych wzgórz. Kiedy napaść ze strony Serbów się skończyła, w mieszkańcy wzajemnie zaczęli się zabijać. W mieście było pół na pół: Muzułmanie i Chrześcijanie. Jedni drugich atakowali. Ludzie, którzy jeszcze niedawno wzajemnie ze sobą spędzali czas, teraz się mordowali. Nie ma sprawiedliwości na świecie.

Dużą uwagę międzynarodową zwróciło wysadzenie w powietrze zabytkowego mostu średniowiecznego nad rzeką Naretwa w Starym Mieście. Jednemu z mieszkańców udało się nawet nagrać to na filmie. Przerażający akt wojny pokazał jak bardzo wielki jest rozłam w bałkańskich społecznościach. Padł most, most łączący ludzi.

Most finalnie w latach 1997-2003 został odbudowany z pomocą UE, co symbolizowało odrodzenie się więzi krajów bałkańskich. Jak jednak wiemy, nie jest tak słodko, w 1999 Serbia napadła na Kosowo, które finalnie dopiero w 2008 ogłosiło niepodległość, a teraz w 2010 Trybunał Sprawiedliwości przyznał rację Kosowie, że miał do tego prawo. Oczywiście wiele krajów z nie uznało tego aktu, przez obawy o wyłamy we własnych krajach (np. Hiszpania - Kraj Basków, Rosja itd.)

Mostar to miasto - pomnik. Znajdziemy w nim wiele zrujnowanych budynków, które pożera natura. Na każdym budynku widać ślady po pociskach. Nawet w naszym hotelu były ślady (od wewnątrz). Smutna historia. W mieście znajdujemy wiele cmentarzy. Większość dat śmierci to lata 1992-1993. Ludzie przeżyli tu wielką tragedię. Czytałem niedawno pewną relację dziewczyn, że wynajmowały pokój u jednej z Muzułmanek, ta powiedziała, że w Chorwackiej części miasta nie była od 1993. Ludzie mają nadal do siebie wielki żal o to co się stało.

Stare miasto zostało już mocno odremontowane. Jest śliczne. Włóczymy się uliczkami, oglądamy pamiątki i chłoniemy atmosferę. Na moście tłumy turystów. My też robimy zdjęcie. Udajemy się później do hotelu na nocleg, a po drodze kupujemy jeszcze w spożywczym napoje (wszędzie przyjmują euro po oficjalnym kursie).

Mostar - Krzywy Most

Mostar

Niedziela, 1 sierpnia

Z rana wybieramy się zobaczyć jeszcze starówkę za dnia. Obok mostu znajduje się sklep z pamiątkami z wystawą poświęconą mostowi i Mostarowi. Warto się na nią wybrać i obejrzeć przy okazji film dokumentalny. Wejście za darmo. Zdjęcia i film pokazują okres wojny i zniszczenia miasta wraz z jego odbudową.

Objeżdżamy jeszcze miasto chcąc obejrzeć je za dnia. Wojna jednak jest przerażająca.

Mostar

Mostar

Mostar

Mostar

Mostar

Mostar

Mostar

Jedziemy dalej do Sarajewa. Droga w miarę po równym, ale zakrętów jest sporo - ciągle jedziemy doliną Naretwy.

Po 3 godzinach wjeżdżamy do Sarajewa. Szukamy słynnego 10-piętrowego budynku, który został spalony podczas wojny. Nie widzimy go. Przyjeżdżam do naszego hotelu. Mówią, że mają awarię, ale zrobili nam rezerwację w innym. Ok - jadę za kolesiem jakieś 1,5 km. Mamy pokoje w wygodnym 4* hotelu z widokiem na Sarajewo. Ładnie!

Po odpoczynku idziemy na zwiedzanie miasta. Chcemy odnaleźć ślady po wojnie. Widać wiele cmentarzy. Wszystkie nagrobki mają datę 1992-1995. Widać na budynkach ślady po ostrzale. Zdecydowanie mniej niż w Mostarze. W końcu to stolica, widać, że sporo jest remontowane. Chodzimy po zabytkowym centrum. Tu już zniszczeń nie ma. Wszystko odremontowane. Sarajewo to miejsce ogromnej ilości restauracji, kramów i knajp. Mi się to miasto podoba, dziewczynom bardziej Mostar. Obydwa mają interesujący klimat.

Wieczorem docieramy do hotelu, jesteśmy zmęczeni więc idziemy spać. Acha, wcześniej zrobiliśmy małe zakupy w spożywczym i kupiliśmy ser żółty z Polski :)

Sarajewo - panorama

Sarajewo - Stare miasto

Sarajewo - Największy Meczet na Bałkanach

Bałkański fast food

Na zdjęciu poniżej miejsce rozpoczęcia Pierwszej Wojny Światowej

Sarajewo - Tu wybuchła I WŚ

Sarajewo nocą

Poniedziałek, 2 sierpnia

Wstajemy o 8. Prysznic, spakowanie się i ruszamy na dalsze zwiedzanie miasta. Objeżdżamy starówkę. Widzimy budynek biblioteki narodowej. Została spalona w okresie wojny. W przewodniku czytałem, że miasto planuje czy pozostawić je jako spalone jako pomnik, czy też odremontować na nowoczesne interaktywne centrum kultury. Miasto wybrało to drugie. Remont widać, że powoli trwa. Dla narodu musi być to straszne, stracić najważniejsze dziedzictwo narodowe.

Staramy się znaleźć spalony budynek 10 piętrowy. Podobno zewsząd w Sarajewie go widać. My nie widzimy. Wpisujemy adres w gps i okazuje się, że już go nie ma. Teraz stoi nowy oszklony budynek. Czas mija, a z nim znikają rany, gdzieniegdzie zostają tylko blizny.

Ruszamy w kierunku tunelu, którym w okresie wojny dostarczano do Sarajewa zaopatrzenie. Gdyby nie ten tunel miasto by nie przetrwało. Przez tunel uciekali ludzie, docierała pomoc humanitarna. Przejście ma 800 m długości, 1m szerokości i 1,6m wysokości. Domy w okolicy pozostały nieremontowane od okresu wojny, pozostawione sobie jako pomnik męki.

Sarajewo - Tunel transportowy podczas wojny

Sarajewo - Tunel transportowy podczas wojny

Sarajewo

Po 11 wyjeżdżamy z miasta w kierunku Serbii a dalej Węgier i Budapesztu. Przed nami prawie 800 km drogi. Sporo, zwłaszcza, że znów góry, serpentyny. Po drodze zatrzymujemy się na sławną jagnięcinę. Hmmm mięso lekko słodkawe, ale chyba nam je źle podano. Było chłodne! Najlepsze okazały się frytki z domowych ziemniaków.

Przekraczamy granicę i jesteśmy w kolejnym kraju, tym razem w Serbii. Odcinek drogi, którą jechaliśmy do Nowego Sadu był najgorszy podczas naszego wyjazdu. Trzęsło, dziury i ogólnie nie przepadam do Serbów. Wzięło się to od tego, że atakowali wszystkie inne narody, a ta droga mnie dobiła. Ciężko się jechało.
Później pobrali  3,5 euro za przejazd "autostradą", która miała po 1 pasie w kierunku i była w remoncie.

Docieramy do granicy z Węgrami. Tu spora kolejka aut. Przejechanie zajęło nam prawie godzinę. Wjeżdżamy w końcu do domu, do Unii Europejskiej. W końcu dobra autostrada, rozpędzamy się do  140. Ania robi kolację na kolanach, teraz jemy już posiłki bez postoju. Nie ma co tracić czasu. O 22 docieramy do naszego hotelu, z niego po chwili ruszamy na nocne zwiedzanie Budapesztu. Jest piękny. Rzeczywiście warto tu przyjechać i zobaczyć na własne oczy. Pięknie podświetlone wzgórze zamkowe, budynek parlamentu, świątynia Św. Stefana i most łańcuchowy. Robimy zdjęcia. Przed powrotem zajeżdżamy do Mc Donalda na cheeseburgery... uhm dobre!

Budapeszt

Wtorek, 3 sierpnia

Wstajemy wcześnie z rana i ponownie ruszamy na ekspresowe zwiedzanie miasta. Można się nim zachwycić. Ilością zabytków, atrakcji i niezliczonej ilości knajp. Nasza trasa zwiedzania była krótka a relację z niej znajdziecie w galerii.

Budapeszt

O 14 wyjeżdżamy z miasta, zapowiada się na niezłą nawałnicę. Jedziemy jeszcze na zakupy w Tesco. Kupujemy wina, słodycze i prowiant na drogę powrotną. Zaraz po wejściu do auta zaczyna się sajgon. Bardzo mocny deszcz i pioruny. Uff, ale nam się udało. Po około 1,5 godzinie jazdy dojeżdżamy do kolejnego kraju, tym razem Słowacja. Kupujemy winietę i ruszamy autostradą na północ do Żliny, dalej przez Czechy i Cieszyn, w którym zjedliśmy wspaniałą kolację docieramy do domu o 22.

Tak oto zakończyła się nasza wyprawa objazdowa. Zrobiliśmy 4,5 tyś. kilometrów. Auto dało radę, a my też się nie pogryźliśmy. Mieliśmy wiele przygód, które zapamiętamy na długo...

GALERIA ZDJĘĆ - polecam włączyć sobie pokaz zdjęć.

Zakres tematyczny: Nowości Dodaj komentarz
Komentarze (0) Trackbacks (0)

Brak komentarzy.


Dodaj komentarz


Brak trackbacków.