Paweł Zalewski Blog Każde marzenia dane jest nam wraz z siłą do jego spełnienia!

9cze/100

Do morza i do słońca – nad Morze Czarne

W Polsce powodzie, ludzie na miejscu pytają się nas, czy nie ma już wody. "Bolszoja woda?" - "Niet, teraz haraszo". A po powrocie wracamy do świata informacji i znów słyszmy, że zalewa...

Pomysłów na wyjazd zawsze mam pełną głowę. Teraz ważny był współczynnik - koszty. Padło więc na Ukrainę, pomimo że mieliśmy jechać na Węgry, ale cóż - to może w lipcu ;-)   W pewien chłodny sobotni wieczór 22 maja, sącząc drinka z rumem staram się rozpoznać działanie e-kvytoka - ukraińskiego systemu do kupowania biletów na pociągi online. Po dobrej godzinie mówię do Ani: "Ha! Do Odessy i z powrotem za 98 zł w plackarcie! Jedziemy?" - "Jedziemy!", i pojechaliśmy :)

Tak oto od wtorku do poniedziałku, na 6 nocy, tylko 2 spędziliśmy w "normalnym" łóżku, reszta w pociągach. Zmęczeni, ale uśmiechnięci skończyliśmy wyprawę.

Good Luck!

Wtorek, 1 czerwca:

Myślałem, że jak już zmieniłem pracę, to będę mógł spokojnie wyjechać na urlop. Jednak nie. To tak nie działa. Oczywiście na sam koniec musiałem zrobić pilnie ofertę klientowi i tak czas do odjazdu pociągu się kurczył. Z zapasem czasu, ale już w lekkim stresie wsiadamy do pociągu TLK  Wrocław-Przemyśl i o 22:35 wyjazd się zaczyna.

Mówię do Ani: "jakby to było cudownie, gdybyśmy we dwójkę jechali w przedziale, można rozłożyć się na fotelach", niestety tak tylko jest w filmach. Po chwili dosiada się jakiś facet. On się mnie pyta "można?" - "Zależy dokąd" - "do końca." Cholera! Po co Ci ludzie w ogóle się pytają czy można, skoro i tak siadają. Muszę opracować technikę jakąś i tak jak to było przy wyjeździe na Mołdawię, nakleimy na drzwiach kartkę pisaną cyrlicą "nie wchodzić! tu nie ma miejsc" i zasłonić zasłony i głośno się zachowywać. Ten sposób podziałał i my jechaliśmy w 5 osób w przedziale, gdy ludzie na korytarzu nie mieli już miejsca... wiem, jesteśmy okropni, ale wtedy 3 dzień byliśmy bez normalnego noclegu.

Środa, 2 czerwca:

Około 8:00 docieramy do Przemyśla. Który to już raz? Szybka wymiana kasy w budzie przy wyjściu z peronu - i to już ostatni raz. Koleś mi podpadł ewidentnie i przerobił na kursie kilka złotych. Pędzimy na granicę. Żadnych kolejek. Jak nigdy natychmiast przechodzimy. Idziemy na awtowakzał i czekamy na maszrutkę do Lwowa. Podjeżdża po kilkunastu minutach. Znów zapchana, gorąco i smród. We Lwowie zostawiamy plecak w przechowalni i jedziemy zobaczyć Cmentarz Łyczakowski. Jedziemy tramwajem numer 7 i zaczyna padać. Zwiedzamy więc w deszczu. Ania jest tu pierwszy raz, ja z Norbim byłem już w 2007 roku. Później idziemy na obiad do Puzatej Chaty - jak zawsze smacznie i w średniej cenie. Później jeszcze piwko w rynku - a później na dworzec. Zakupy na drogę i o 19:48 pociągiem numer 26 odjeżdżamy do Odessy. Ania jest pierwszy raz w plackarcie - fajne doświadczenie. Obok nas jest kobieta z córką, więc spokój. Relaksujemy się, odpoczywamy i idziemy spać.

My w barze w pociagu

Acha! JAK JEST GORĄCO !!! Duszno, śmierdzi! Jakaś masakra! Już mi się odechciało plackarty! Normalnie z człowieka się leje. Defacto przez tą noc, w dusznym wagonie (żadne okno się nie otwiera, a na zewnątrz z 25-30 stopnii, w środku 35 i zero świeżego tlenu) rozchorowaliśmy się z Anią - ból gardła, później katar i kaszel. Chyba z przegrzania organizmu.

Plackarta Lwow - Odessa

Czwartek, Boże Ciało, 3 czerwca

Jakimś cudem dojechaliśmy do Odessy. Wyjście na zewnątrz to była najprzyjemniejsza rzecz jaka nas spotkała tego poranka :) Ach, rześko, świeci słońce, ciepło - WAKACJE! Po chwili zjawia się mnóstwo babuszek - kvatiry, kvatiry! Okey, no "nam nada kvaitry", ale ja się nie mogę z nimi dogadać, trochę się przekrzykują. A ja mam proste pytania - nie chcę w centrum miasta, chcę dalej, spokojnie, ale przy morzu. Kilka babuszek się na mnie obraża! Wykrzykują, że mam wielkie wymagania. A ja co! Na wakacje przyjechałem to i mam wymagania!

Po chwili jest - elegancka, mówi, że 10 m do morza. Cena wysoka, pytam się czy jest wc, prysznic, kuchnia - jest. Jaka plaża? No coś odpowiedziała  - nie znam, więc dobrze. Okey - jedziemy. Dojazd zajął nam dobre 40 minut. Jesteśmy w dzielnicy willowej, ale piękne domy. Babuszka mówi, że to tu po prawej - patrzymy i WOW, ale chata, nówka - no to super trafiliśmy. Podchodzimy do ogrodzenia i babuszka otwiera nie te drzwi co bym chciał. Wchodzimy na dziedziniec pałacu, który ogrodnika z kosiarką nie widział od zeszłego roku. Patrzę - kibel na zewnątrz, prysznic chyba też, widzę bęczkę nad prysznicem - myślę - ups, woda będzie się grzała, zlew na świeżym powietrzu. No to ekstra warunki :) Ogółem lekka rudera :) Jest woda bieżąca, okazało się że tylko zimna, co sprawdziła Ania biorąc orzeźwiający prysznic po rozgrzewającej nocy w plackarcie. Ten prysznic mógł nam też zaszkodzić, dlatego wróciliśmy chorzy.

Nasz pokój? No dobra, jest czysto. Brak karaluchów. Kuchnia też czysta i ładna jak na warunki ukraińskie. W pokoju łóżka, takie sprężynowe - jak na nich siadam, to tyłek mam tuż nad podłogą. Cholera - muszę schudnąć! Tylko dlaczego moje łóżko w domu się nie zapada? Wiem - moje ma roczek, to ma z 50 lat :-) Ważne, że nie pada na głowę i jest czysto. Obok mieszkają kobiety z Moskwy, później dowiemy się, że gotują sobie normalne obiady: zupy, ziemniaczki, kotlety, uhuhum. Acha :) Ściana do sąsiadek to tylko podwójna dykta.

Plaza w Odessie

Bierzemy orzeźwiające prysznice, odpoczywamy chwilę i idziemy sprawdzić plażę. Płatna. Ludzi brak, gra muzyka, woda w morzu zimna, 19 stopnii - choć to cieplejsza niż w Bałtyku latem. Jedziemy do miasta sprawdzić wycieczki. Są codziennie i wielokrotnie, więc w sobotę przed wyjazdem się na nią wybierzemy. Idziemy na tanie ukraińskie piwo, coś zjeść i zmykamy na naszą kwatirę. Dojazd znów zajmuje z 40 minut. Wieczorem oglądamy gwieździste niebo, degustujemy wino, za które kilkukrotnie przepłaciłem (zły sklep wybrałem) - jest miło! Ze zmęczenia kończymy imprezę i idziemy spać.

Piątek, 4 czerwca

Wstajemy późno. Jest już po 10. Jemy śniadanko na słoneczku w naszym zarośniętym ogrodzie. Jest miło. A kiełbaska i warzywa uprzednio kupione na targu w Odessie smakują nadzywczaj dobrze.  Mniam!

Później wybieramy się opalać na plaży. Słońce, szum morza i lekka bryza. Półtorej godziny nam wystarcza. Idziemy na spacer. A co? Na plaży jest tanio! Piwo z widokiem na morze w restauracji kosztuje 3-4 zł, gdyby je kupić w sklepie to koszt spada do 1,5-2,5 zł. Wieczorem postanawiamy znaleźć tani, ciepły obiad. W naszej dzielnicy to nie możliwe! Nie ma tanich barów. Wkurzeni jedziemy do centrum. Tu już się najadamy i po małej sprzeczce dotyczącej kebaba ;) wracamy do domu. W dobrym sklepie (czytaj: tanim) kupujemy wino.  Litr kadarki kosztuje 12 uah, tzn. 5 zł.

Piwo

Wieczorem chłoniemy atmosferę na plaży. Są niezłe imprezy! Lokalna młodzież zjeżdża się brykami: Mercedesy, BMW, Mazdy, Lexusy - koledzy z Polski, a czym my jeździmy? Też Mercedesami, BMW, Mazdami, Volvami, ale te nasze mają już po kilkaset tysięcy kilometrów na liczniku. Te z Odessy, to nowe samochody :P Wieczór upływa nam na rozmowach i planowaniu wyjazdu dookoła świata.

Sobota, 6 czerwca

Ale ten czas leci. Czas już wstawać z naszych mega wygodnych łóżek typu Brieżniew. O 9 przychodzi właściciel chatki, oddajemy klucze i się żegnamy. Ogółem nie polecamy tego noclegu. Nie trafiliśmy zbyt dobrze, choć ważne że było czysto, ale zimna woda nas doprowadziła do choroby.

Ruszamy z tabołkami na dworzec, tam zostawiamy plecak i idziemy na wycieczkę. Do odjazdu busa mamy 30 min, idziemy na targ na śniadanie. Jedliśmy najtańsze podczas naszego wyjazdu czeburiaki z mięsem, po 3 uah, ale później dopadła nas niezła zgaga! Na wycieczce przewodniczka dużo opowiadała. Katakumby, które zwiedziliśmy były w czasie wojny schronieniem powstańców. Podczas najazdu rumunów i niemców, chronili się oni w podziemnych tunelach wydrażonych pod Odessą. W środku mieli wszystko: kuchnie, łazienki, sypialnie, magazyny broni i setki kilometrów tuneli. Podobno pod miastem jest ich 2000 km! Jedyne czego nie mieli, to słońca. Za dnia ukrywali się pod ziemią, w nocy prowadzili akcje sabotażowe. 12 z 13 oddziałów partyzantów udało się przetrwać. Nasze uznanie za ciężką walkę z najeźdźcą.

Po 2 godzinnej wyprawie ruszyliśmy pieszo na zwiedzanie Odessy. Ja byłem już tu w 2008 roku, Ania jest pierwszy raz. Powoli się przechadzamy lipowymi alejami. Zwiedzamy zabytki i dochodzimy do wniosku, że jest klimatycznie, ale jednak jest wielka dysproporcja: rozpadająca się kamienica na górze, a na dole ekskluzywny salon Prady .... oczywiście wszędzie jest mnóstwo luksusowych aut, czasem mignie jakaś łada, czy vw ...

Grzeje nas słońce. Spiekliśmy się dzień wcześniej. Ania choruje - źle się czuje. Sławne schody nie robią takiego wrażenia jak na zdjęciach, no może trochę z dołu. Wookoło jest za to mnóstwo młodych par, w końcu to sobota. Ale jakimi oni limuzynami jeżdżą! Hummery, bentleye, mercedesy s classe, czasem widać tylko biedniejsi nowym matizem... jakie są to wielkie dysproporcje!

Samochod weselny

Budynek starej giełdy zachwyca, ale powala na kolana budynek opery - ta jest prześliczna. Naprawdę warta przejechania tylu kilometrów, a dodatkowo atmosfera w koło - czyli młode pary, najdroższe auta na świecie dodają temu miejscu specyficznego klimatu. Obok opery rozbawił nas do łez widok Hummera - różowego! Sprawdźcie zdjęcia.

Opera w Odessie

Po zwiedzaniu udajemy się na deptak. Szukamy pocztówki, którą obiecałem wysłać Norbertowi. Nigdzie nie ma! Na wschodzie nie wiedzą co to pocztówki :/ Norbi, sorry - coś wymyślę Ci na pamiątkę fajniejszego :)

Na obiadek zatrzymujemy się w Kompocie - to miejsce jest wykluczone z naszego budżetu wyjazdowego i rozliczane oddzielnie :) Jest drogo, ale jak smacznie i klimatycznie! Jemy rewelacyjny barszcz ukraiński, soljankę i pielmieni na żaru. Ach - ta domowa śmietana, ten smak, te ciasto w pierożkach, uhmm mniam! Na deser kompot wiśniowy, bomba. Za wszystko zapłaciliśmy astronomiczną sumę jak na nasz wyjazd: 75 zł - ale wykluczamy ten wydatek z kosztu :) Tak było zaplanowane od początku.

Później zmykamy na targ, zrobić zakupy na drogę. Kupujemy bułki i kiełbasę oraz wino. Wsiadamy do pociągu. O 18:12 odjeżdżamy. I teraz zaczyna się jeden z ciekawszych epizodów naszego wyjazdu...

... obok nas jedzie dwóch młodych chłopaków. Totalnie zalani, ale dalej piją piwo. Po jakiejś godzinie odpadają. Jeden idzie na górną półkę spać, drugi chwile jeszcze siedzi i po chwili pada w objęciach procentów na dolnym łóżku. Śpią sobie, my winko pijemy, myślimy, że w tym pociągu jest lepiej, bo wagon starszy, okna dziurawe, trochę powietrza jest. W jednym przedziale otwiera się okno, więc dajemy radę!

... mija 1,5 godziny. Ania leży na łóżku, ja siedzę z nogami na podłodze, nagle z górnego łóżka naprzeciwko zaczyna się lać! Koleś niewytrzymał i przez sen się zsikał! "No zajebiście!" - myślę sobie. Koleś na górze cały zasikany, zasikał też swojego kolegę na dole. Podłoga też mokra trochę. Siergiej,  który był obok, a o którym później, mówi, aby sobie darować i nie wołać prowadnika. Tak mija może godzina - kolesie mają wysiadać - ponieważ jeden z nich to Siergieja znajomy, to ten targa ich za nogi, aby wychodzili. Ten z góry wstał szybko, patrzy na siebie i jest mokry - wyraz twarzy bezcenny :D Szarpie kolegę z dolnej półki. Nie podnosi się. Ludzie krzyczą, aby wstawał, bo zaraz pociąg odjedzie. Trwa to wszystko z 2 minuty. Kolo w końcu się podnosi, pociąg rusza, a oni biegiem do wyjścia ...

Kolega z gory sie zsikal

... prowadnik ich nie wypuszcza, po chwili wracają na swoje prycze - zasikani oczywiście, dobrze że nie śmierdzi. Nie mija 10 minut jak idzie środkiem milicja, prawie ich minęli, ale ponieważ milicjant zauważył, że jeden śpi na stoliku, odwrócił się i krzyczy do nich "dokumienty!" Jeden wyjmuje, drugi (ten co się zsikał) mówi, że nie ma. Milicjant się wkurza. Pyta się czy to ich butelki po piwie pod stołem. Oni, że nie ich! A co moje i Ani? Jedna tak...

... w ogóle to nie można pić w pociągach, nawet piwa. Oczywiście wszyscy ten zakaz łamią. Nic się nie dzieje, jeżeli zachowujesz się kulturalnie, po prostu nie można trzymać piwa na stoliku. Wódka jest raczej zabroniona, tzw. trzeba się z nią mocniej kryć, choć jak jechaliśmy do Odessy, kolesie obok równo pili do kiełbasy, jajek i ryby - ale byli kulturalni.

... "dokumienty!, Wy zamoczyli! Wy najebani!" - krzyczy policjant. A ja siedzę na łóżku obok, w ręce trzymam szklankę z winem i modlę się, aby przypadkiem nie przyczepił się do mnie. Oczywiście oni totalnie zalani, do niczego się nie przyznają. Policjant sprawdza łóżka, przeklina "kurwa, nawet łóżka mokre" - no tak, przecież tam kałuża...

... no to chłopacy mają problem - Milicjant każe wyjąć im wszystko z torby, znajduje telefon, pyta się chłopaka "a dokumienty na teliefon są?" - chłopak z uśmiechem "no gdzie, w domu!" - milicjant każe uruchomić telefon, niestety bateria się rozładowała - no nieciekawie się zapowiada. Wszystko sprawdza. Każe gościom opróżnić też kieszenie. Nic nie znajduje więcej. Zabiera ich do wyjścia. Na pewno dostali mandat, bo wcześniej już im mówił, że dostaną. Na odchodne pyta się mnie czy oni piwo pili w pociągu, mówię błagalnym głosem "no troche, ja innostraniec [turysta zagraniczny]" - odchodzi - przecież nie przyznałbym się, że też mamy alkohol. Byłby problemy.

Milicjant wyrzucił ich na najbliższej stacji. Do domu mieli jakieś 1,5 godz. jazdy pociągiem. Po chwili przyszedł Sergiej, opowiadamy mu co się stało. On mówi, że oni młodzi, głupi. Życie w pociągu toczy się dalej.

W międzyczasie poznajemy Sergieja, jedzie w bocznych łóżkach obok nas. Pracuje we Wrocławiu, w Psarach. Bardzo miły człowiek. Powiedział, abyśmy wysiedli z nim w połowie drogi do Lwowa, on zaprasza do siebie, wszystko jest, kwatira, jedzenie - "Odpoczniecie, popijemy sobie" - dziękujemy za propozycję, w poniedziałek z rana trzeba być w domu, musimy iść do pracy. Siergiej nadal nalega, mówi że możemy zadzwonić do szefa i wziąć urlop na żądanie.  On we wtorek wraca do Polski samochodem, to nas zabierze do Wrocławia. Tłumaczymy Siergiejowi, że nie możemy - ja od niedawna pracuje w nowej firmie, a Ania będzie sama w swoim dziale - a zawsze ktoś być musi.

Dobrze się nam rozmawiało i już umówiliśmy się na spotkanie we Wrocławiu. Jakby ktoś potrzebował, to Siergiej zajmuje się pracami wykończeniowymi w domach. Wygląda na solidną osobę, jest bardzo miły i mówi nieźle po polsku. Kontakt na priv.

Później miejsce po zabawowych chłopakach zajmuje węgier - a jak wiadomo - "węgier-polak dwa bratanki". Gadamy trochę po rosyjsku, trochę po polsku, trochę po węgiersku - ciężko się nam dogadać. Węgier (nie pamiętam imienia, ale mam jego numer :) ) poszedł kupić piwo u prowadnika - no tak, oficjalnie pić nie można, ale prowadnik piwo sprzeda :D Integrujemy się, rozmawiamy o życiu na Ukrainie, o ciężkich czasach. Rewanżuję się piwem. Prowadnik nie chce zejść mi z ceny, mówi 10uah, decyduję się. Po chwili odpadamy w objęcia morfeusza.

Ja z Ania

niedziela, 6 czerwca:

W drugą stronę było w pociągu bardzo gorąco. W tą stronę było zimno! To znów powód do przeziębienia. Ania zmarzła. Ja dałem radę. W nocy wysiadł węgier i jakaś inna kobieta teraz śpi obok. O 7:30 wysiadamy w Stryju (za Lwowem). O 8:46 mamy elektriczkę do Truskawca - w tym czasie zwiedzamy miasteczko. Jest bardzo czysto i urokliwie. Takie zapyziałe, małe, ale z intrugującym klimatem - jakby przenieść się kilkadziesiąt lat wstecz w Polsce. Świeci słońce i jest ciepło.

Pakujemy się do elektriczki, po godzinie jesteśmy w Truskawcu - sanatorium. Kiedyś było tam bardzo ekskluzywnie. Piłsudski się tu leczył. Obecnie po czasach okupacji radzieckiej zostało kilka starych willi, a resztę zajmują kolosy sanatoryjne z wielkiej płyty. Jest tu ładnie. Niestety wody "naftusi" nie spróbowaliśmy, pijalnia była zamknięta, a my nie będziemy czekać. Chcemy coś zjeść, nie ma bud z ciepłym jedzeniem, w supermarkecie kupuję bułkę i kiełbasę.

Do Drohobycza dojechaliśmy maszrutką. Na trasie Truskawiec - Drohobycz kursują co kilka minut. Plecak zrzucam w biurze ochrony na dworcu. Nie ma przechowalni. Później, będę miał problem z jego odbiorem, bo nie było już ochroniarza, ale babcia klozetowa pomogła - miała klucze do każdego pomieszczenia :) Stres jednak był i wizja noclegu do rana...

Maszrutka

Drohobycz to miasto Brunona Schulza - tego od Sklepów Cynamonowych. Przyjemne miasteczko, trochę zaniedbane. Ma jednak swój swojski "wschodni klimat". Zwiedziliśmy najważniejsze miejsca: rynek, synagogę, cerkiew pw. Św. Jerzego - cała drewniana, kryta gontem, ze wspaniałymi, oryginalnymi freskami z XVI w. Zjedliśmy tu też pyszne jedzonko. Obiad dwudaniowy dla dwóch osób, sok pomarańczowy i dwa piwa (rewelacyjne,  z lokalnego browaru) za 30 zł. Za to lubię Ukrainę :)

O 16:00 mamy maszrutkę do Szegini. Ruszamy o 15:50, całe 10 minut przed planowanym odjazdem. Dobrze, że byliśmy wcześniej. Kierowca jedzie spokojnie, w końcu droga swój ostatni remont miała jak ją zbudowali. Taka ilość dziur, że aż trzeba było się wielokrotnie zatrzymywać! Masakra! Wytrzęsło nami! Nigdy nie pojadę własnym autem tą drogą.

Przed przekroczeniem granicy zrobiliśmy zapas cukierów i 1 litr wódki - na granicy spokojnie, prawie bez kolejki. Przejście zajęło nam 20 minut. W Przemyślu byliśmy o 18:00. Pociąg dopiero o 22:15, chcieliśmy zrzucić gdzieś plecaki, ale dworzec w remoncie więc przechowalni brak, a kobieta z kasy nie wie gdzie można zostawić bagaż. Idziemy do baru, tuż przy wyjściu. Bar otwarty do 19:00 - co prawda kobieta jakby się zgodziła, ale my mamy pociąg o 22. Wkurzeni idziemy na rynek. Miasto pięknie wyremontowane, zachwyca, ale na mnie działa wrogo mój plecak. Z 20kg nieźle mnie dociąża. Przechodzimy obok ratusza, urzęduje tu prezydent miasta. Szkoda, że to nie dzień pracujący. Wygarnąłbym mu co myślę o mieście. Co z tego, że fajne i warte zwiedzenia jak się to utrudnia turystom!

Zrobiliśmy rundkę dookoła rynku i wpadamy zjeść obiad w barze RUBIN - po prawej stronie jak idzie się na rynek, od dworca pkp. Tu jemy pyszny polski obiad za 40 zł otrzymujemy duże porcje i najedzeni zwiedzamy miasto. Szczęśliwie Pani kelnerka pozwoliła nam zostawić plecaki do 21:00 (zamknięcie). Radośni zwiedzamy miasto.

Jest bardzo ładny ten Przemyśl - sprawdźcie zdjęcia. Polecam wybrać się na wzgórze zamkowe, cudowny sielski widok na miasto i zakola rzeki. Super niedzielna atmosfera, dużo ludzi w rynku, jest wesoło i miło. Odbieramy przed 21 bagaże, dziękujemy serdecznie i idziemy na dworzec. Tuż przy dworcu Ania, mówi, że nie kupiliśmy chusteczek. Cholera! Tu nie ma już żadnych sklepów. Na rynek z 1 km, nie chce mi się wracać. Idę do hotelu (po wyjściu z dworca, uliczka na prawo), pytam się czy są do sprzedania chusteczki. Recepcjonistka serdecznie się śmieje mówiąc "nie". Ja jeszcze serdeczniej mówię, czy mógłbym więc kupić rolkę papieru toaletowego. Pani z rozbawieniem mówi, że nie mają w sprzedaży, ale po chwili mi przynosi. Odmawia zapłaty, bo nie wie jak ma ją ode mnie pobrać. Dziękuję serdecznie za uratowanie moich zmęczonych stóp! P.S. Właśnie w tych hotelu jest płatna przechowalnia bagażu - to jakby ktoś potrzebował.

Przemysl

O 22:15 wsiadamy do pociągu. Dosiada się jedna osoba - czyli nie będziemy spać jak królowie. Prawdziwa masakra zaczyna się w Rzeszowie. Dosiada się tyle osób, że jedziemy w 7-mkę w przedziale. Jest niewygodnie, sennie i niewygodnie. Ach, gdzie te plackarty z Ukrainy? Wygodnie, na leżąco i tanio. O polskie PKP, bierzcie przykład ze wschodu!

poniedziałek, 7 czerwca

O 7:30 jesteśmy we Wrocławiu, ja z Anią już na 9:00 do pracy. Zapowiada się ciężki dzień - w pracy pomimo zmęczenia dużo obowiązków - mam trochę zaległości, robię wszystkie zaległe rzeczy, a we wtorek rozpocznie się znów normalny tryb życia, do kolejnej wyprawy!

Ahoj przygodo!

Podsumowanie kosztów: 450 zł / osoba, 6 dni - bez żadnych wyżyłowanych oszczędności, ale wszystko z umiarem - ze wszystkim (przejazdy, jedzenie, noclegi, alkohol). W Polsce długi weekend wyszedłby nas pewnie podobnie jak nie drożej. Czy można taniej? Można, beż żywienia w knajpach, w tańszej kwaterze. Uważam, że w 350 zł można było się zmieścić.

GALERIA ZDJĘĆ

Komentarze (0) Trackbacks (1)

Dodaj komentarz